29 czerwca 2013

Bankowo- to lato

O pogodzie bedzie to teraz temat najmodniejszy z tego co zauwazylam, wszyscy narzekaja. Jesli przez wiecej niz tydzien jest 30 °C i zar sie leje z nieba to ludzie narzekaja ze za goraco, ze nie ma czym oddychac i ze dluzej tak byc nie moze. Nagle temeperatura spada i letnie sandalki trzeba zamienic na trampki i wlozyc sweter. Znowu zle te same osoby, ktore przeklinaly upal klna na zimno. Jednym slowem tak zle i tak nie dobrze. No i ja spotykam takie osoby na mojej drodze zaczynaja rozmowe od "ale dzis goraco/zimno" w zaleznosci od okolicznosci i czekaja az ja potwierdze. A ja wredna jestem i nie narzekam razem z nimi, bo i tak nic nie zmienie wiec marudzic nie bede. Po co?
Mam lepsze rzeczy do roboty np. wycieczki po okolicy. Dzis dla odmiany duze miasto Lugano pelne pieknej architektury w ktorej znajduja sie albo banki, instytucje finansowe albo ubezpieczeniowe reszta zapelniona jest glownie luksusowymi sklepami.
A wszysto malowniczo polozone na jezorem otoczonym gorami.
Moja wyprawa zaczela sie kolejka w dol z dworca kolejowego polozonego nad miastem. Przyjechalam wczesnie jeszcze przed otwarciem sklepow o ktorych myslalam, ze beda zamkniete ze wzgledu na swieto.
Spacerowalam jeszcze pustymi ulicami cieszylam sie ze bede mogla sobie spokojnie obejzec miasto. O ja naiwna.
To byla tylko cisza przed burza, najgorsze mialo dopiero nadejsc a tym czasem przez okno gapil sie na mnie baaaaaaaaardzo stary pan, ktory nie zauwazyla ze mody sie pary razy zmienily od czasu jego narodzin:)
Miasto czekalo gotowe na turystow.
Statki szykowaly sie do wyplyniecia z pierwszymi wycieczkowiczami, nastepnym razem ja tez sie przeplyne.
Po krotkim spacerze, postanowilam odpoczac i zjesc sniadanie, pierwszy raz zapytano sie mniej jakiej wielkosci chce cappuccino. Zdziwilam sie, bo we Wloszech cappuccio ma zazwyczaj wielkos standardowa tak jak esspresso. No ale jak by na to nie patrzec, nie bylam we Wloszech i co kraj to obyczaj.

Moje sniadanie mialo miejsce w kawiarni McDonalda z widokiem na wode.
Miasto dalej puste jeszcze nie ma turystow, czasami przejedzie jakis dziadek na wrotkach albo migna poranni biegacze.
Za to nad brzegiem jeziora tlum robia slimaki wielkie, gigantyczne, plastikowe, obrzydliwie niebieskie slimaki. Atmosfera jak w filmach Tima Burtona.

Nie wiem dokladnie dlaczego tam stoja, jest to projekt jakiegos artysty czy cos. Mnie sie nie podobaja wiec nie dociekalam. Mam nadzieje, ze to chwilowe jedyne co zapamietalam to, ze sa z plastiku z odzysku. Tyle dobrego(chyba)
Potem musiala zalatwic sprawe dla ktorej sie tam wybralam i kiedy to zrobilam raptem w miescie zrobilo sie tloczno. Ktos chyba wcisna jakis przycisk, bo wydawalo mi sie ze wszyscy pojawili sie na zawolanie.
Zrobilam jeszcze tylko male zakupy w sklepie z polproduktami do bizuterii i udalam sie w droge powrotna, zegnajac jezioro z gory.


Na dowod tego, ze moja wycieczka odbyla sie latem zrobilam zdjecie owocujacego krzaka nieszpolka po wlosku nespole.
Juz niedlugo tam wroce a tera koncze, bo mi zimno w raczki od tego stukania w klawiature. A po jutrze bedzie lipiec :)










28 czerwca 2013

Pasta i basta

Dzis znowu gotowalam obiad tylko dla siebie, wlasciwie robie to codziennie ale zazwyczaj ograniczam sie do odgrzania czegos lub jakiejs kanapki tudziez mozzarelli z pomidorem . Tym razem mialam ochote na cos pracochlonnego. Poswiecilam wiec cale pol godziny na przygotowanie jednego z moich ulubionych dan.
Pasta z cukinia i serkiem typu philadephia
Skladniki dla 4 osob sa nastepujace:
160g serka Philadephia lub inny tego typu serek naturalny
360g makaronu fusilli lub innego krotkiego( moga byc penne lub rigatoni)
2 male cukinie
30g orzeszkow pini
bazylia
2 szalotki
olej z oliwek
sol, pieprz

Zaczynamy od rozgrzania patelni, najlepiej takiej na ktorej nie przywiera nic czyli teflonowa albo ceramiczna na niej tostujemy orzeszki. Potem odkladamy je na talerz na tej samej patelni nalezy zeszklic na oliwie drobno pokrojona cebuje do tego dodajemy cienki plasterki cukini i chwile dusimy. W tym czasie woda na makaron juz powinna sie gotowac, wrzucamy kluski i gotujemy wedlug zalecen producenta. Kiedy juz sie ugotuja przed odcedzeniem odlewamy troche wody z gotowania. Wrzucamy makaron na patelenie z gotowa cukinia, dodajemy serek, orzeszki, posiekana bazylie, solimy do smaku wlewamy kilka lyzek wody wczesniej odlanej wszystko ladnie mieszamy juz na wylaczonym ogniu. Gotowe na talerzu posypujemy swiezo zmielonym pieprzem. Proste, smaczne i zdrowe. Pycha!!
Ten przepis jak wiele innych pochodzi od moje ulubionej wloskiej food blogerki prowadzi ona strone o nazwie GialloZafferano, wiele jej przepisow mozna  znalezc po angielsku i hiszpansku. Zaczynala tak jak wiele od malej stronki z przepisami, kilka filmikow na youtub zrobionych we wlasnej kuchni. Teraz pisze ksiazki z przepisami, ma kilkunastoosobowy zespol ktory dla niej pracuje i jest moim guru kulinarnym. Wiele dan zwlaszcza z wloskiej kuchni (ale nie tylko) nauczylam sie gotowac od niej.Kazdy jej przepis zawiera czas gotowania/przygotowania, stopien trudnosci a takze historie dania, skad pochodzi jakich najlepiej uzyc skladnikow i czasami jest tez wyjasnione dlaczego takich  a nie innych.
Wlasciwie to mialam tego nie pisac co zaraz napisze ale musze inaczej sie udusze, glownie dlatego ze kiedy widze przepisy publikowane na innych blogach polskich(chodzi mi o wloska kuchnie) to czasami nerwy mnie ponosza.
We Wloszech jedzenie jest swiete nie moze byc przygotowne byle jak i przypadkowo, czasami jeden skladnik zmienia nazwe potrawy, np. prawdziwe pesto alla genovese powinno byc robione recznie w marmurowym mozdziezu, drewnianym walkiem. Uzywanie typowych dla tej kuchni skladnikow jeszczenie nie tworzy wloskiego dania. Gotowanie po wlosku to calkiem inna filozofia, diabel tkwi w szczegolach, kazdy gatunek pomidora ma swoje zastosowanie, kazdy rodzaj makaronu ma swoj typowy sos, nie kazde wino pasuje do kazdej potrawy. Dlugo bym tak mogla pisac oczywiscie kazdy ma prawo interpretowac kuchnie na swoj sposob, wymyslac wlasne potrawy tak jak wszedzie taki i w gotowaniu fantazja jest najwazniejsza ale najpierw trzeba poznac podstawy, zasady gotowania, by potem moc zmieniac i wymyslac i robic po swojemu.
 Sa tacy, ktorzy mysla, ze wystarczy w daniu troche pomidorow z bazylia i posypiemy to parmezanem i juz jest wloskie. Pewnie by tak bylo gdyby nie pisali ze chodzi o "wloska" zupe pomidorowa zaprawiana smietana 18%. We Wloskiej kuchni nie istenieja zupy zaprawiane smietana, nie ma tu smietany ani 18%, ani 12% ani 22% . Jest smietana ale calkiem inna niz ta, ktora sprzedaje sie w Polsce.
Ogolnie  jest uzywana sporadycznie, czesciej sie jej uzywa do przygotowywania ciast i tortow, niz w potrawach slonych. A juz napewno nie dodaje sie jej do carbonary.
Ostatnio znalazlam przepis na wloskiego lososia z koperkiem, no to jest duze naduzycie, bo koperek we wloskich sklepach tez wystepuje rzadko. Kiedys podalam moim wloskim gosciom ziemniaki z koperkiem, ktory wzbudzil ich zainteresowanie, bo nigdy wczesniej go nie widzieli. Dlugo moglabym tak wymieniac glupot na temat wloskiej kuchni jakich sie naczytalam w polskim internecie i gazetach albo co widzialam w polskiej telewizji. Zdaje sobie sprawe ze nie wszyscy byli we Wolszech, maja prawa nie wiedziec, bylaby to dobra wymowka jeszcze ze 20 lat temu ale teraz internet i komputer maja wszyscy, nauczyc sie uzywac tlumacza google tez znowu tak trudno nie jest da sie dotrzec do informacji zanim sie zacznie publikowac farmazony.
Kiedys probowalam pisac jakies komentarze pod takimi postami, wymadrzac sie ale dalam sobie spokoj
Nic to nie da, kijem rzeki sie nie zawroci i chyba zawsze juz tak bedzie, ze poza granicami Italii carbonara jest ze smietana, pizza z sosem dodawanym po upieczeniu, vittello tonnato z majonezem...
Tak to juz w polskiej kuchni jest ryba po grecku, ruskie pierogi, barszcz ukrainski i tylko mieszkancy tych krajow o tych daniach nic nie wiedza.
O! juz mi lepiej od dawna chcialam napisac taki post. Wiecej sie wymadrzac na ten temat nie bede. Obiecuje.
Na koniec moje nowe talerze do pizzy, tej bez dodatkowego sosu :)


26 czerwca 2013

Stare, nowe a i tak woda jest najwazniejsza

Bardzo bym chciala pokazac co nowego zrobilam ale nic nie zrobilam.
Chcialabym pokazac co nowego kupilam ale bylam tylko we wloskim sklepie typu second hand, wiec tez nic nowego nie kupilam.
Udalo mi sie wygrzebac komplet poscieli, ktory mi posluzy jako material na nowe torebki, stary tamborek, mini piornik drewniany, drewniane pudelko, pudelko metalowe i zestaw do xxx Anchor oraz maly obrusik z koronka. Same skarby :) Zapomnialabym jeszcze noz w ksztalcie polksiezyca do siekania np. ziol.
Jedna rzecz nowa mam, portfel a to tylko dlatego ze stary dozyl swoich dni wlasnie skonczyl 7 lat. Pamietam, ze kupilam go tuz przed wyplynieciem na Sardynie a to bylo dokladnie w koncu czerwca 2006.
I tym sposobem doszlismy do tematu wakacje, urlopy, wyjazdy. Cos czuje, ze przydalby nam sie pobyt na morzem, mam nadzieje ze uda nam sie w tym roku polezec na plazy. Nie musi byc to Sardynia, wystarczy mi woda i mozliwosc pluskania sie :)
A jesli jestesmy przy wodzie to dzis w sluchawkach mam Rezophonic wloski projekt muzykow glownie, rockowych z roznych zespolow. Pisza i nagrywaja razem piosenki a pieniadze z tego przeznaczone sa na budowanie ujec wody w Kenii.
Woda jest wazna ich muzyke kupuje nowa.
Pan, ktory to zamieszanie wymyslil gra na bebnach a pierwsza swoja "perkusje"dostal od mojego szwagra. 
Brat C. pracowal kiedys u jego taty w firmie i chlopak strasznie trul, ze chce grac na perkusji. Dostal wiec puste blaszane opakowania po proszku do prania i  tak oto najlepszy wloski perkusista nauczyl sie grac :)


25 czerwca 2013

Powoli

Nic nie robie, nie czuje weny wiec maszyna do szycia sie kurzy, pedzle zapomnialam gdzie stoja, cala reszta tez nie ruszana od dawna. Po prostu nie mam weny, poczekam kiedys wroci. Nic na sile.
W piatek byl u nas ogrodnik, zeby wycenic strzyzenie zywoplotu ale zbyt kumaty nie byl, bo nasze mieszkanie i co za tym idzie ogrod znajduja sie ma pierwszym pietrze. Troche to dziwne ale z parteru wchodzi sie do czesci z piwnicami, garazami etc. a mieszkania zaczynaja sie od pierwszego pietra i to dobrze widac z zewnatrz. Po czym wnosze, ze byl malo rozgarniety?  Zle mnie uslyszal przez domofon i wjechal na 3 pietro...nie wiem jaki on tam chcial zywoplot ogladac. Wczoraj wyslal mailem cene, powiem tak, zazyczyl sobie za jeden dzien pracy tyle co ja zarabialam we Wloszech przez miesiac. Tak wiec teraz postanowimy, ze zrobimy to sami, zainwestujemy w odpowiedni sprzet i jeszcze nam duuuuuuzo zostanie.  A jak sie okaze, ze nam to dobrze wyszlo to bedziemy miec nowy fach, bo taki ogrodnik nie dosc, ze duzo kosztuje to pierwszy wolny termin ma w drugiej polowie lipca. Nic tylko, byc ogrodnikiem w Szwajcarii.
Jedyna dzialnosc na jaka mam ochote to dlugie spacery z psem, dzis biedny sie za mna nabiegal. Lazilismy po polach 3 godziny.



Zdjecia zawsze tych samych miejsc ale dzis kolory byly niesamowite, wial dosyc silny wiatr wiec upal byl prawie nie odczuwalny. Za to widoki piekne. Na ostatnim zdjeciu flaga Szwajcarii, bardzo czesto spotykany element krajobrazu, wielu mieszkancow ma maszt w ogrodzie albo na balkonie, czasmi taka mala flaga jest wetnieta do pelargoni.

23 czerwca 2013

Losowanie

Zaszlo slonce i u nas zaczyna sie burza ale ja nie o tym chcialam.
Zglosilo sie dokladnie 25 osob, musze wam powiedziec ze to moja ulubiony numer. Zgodnie z umowa wylosowalam dzis szczesciare, ktora dostanie wakacyjna kosmetyczke.
Osoba, ktora zostawila komentarz jako 10 jest creadiva. Gratuluje i czekam na adres do wysylki.
A teraz wroce do burzy, tak mniej wiecej wyglada nasz pies w czasie takich wyladowan atmosferycznych:)
Zycze wszystkim milego tygodnia ja sie juz nie moge doczekac kiedy sie zacznie :)

22 czerwca 2013

Ciag dalszy nastapil

 dzis rano znowu wyruszylam na spacer albo raczej na wyprawe w gory. Tym razem Brick zostal w domu, trasa ktora chcialam isc jest malo bezpieczna do spacerow z psem. Za to byla ze man kolezanka, wyruszylysmy  rano kiedy slonce jeszcze tak bardzo nie przypiekalo.
Poczatek naszej drogi maly wodospat za mini mostem. Po wdrapaniu sie na gore, zeszlysmy do malego rozlewiska rzeki Breggia. Tam nie robilam zdjec, bo wyglada to jak gigantyczna kaluza.


Przez wiekszosc czasu wspinalysmy sie po bokach wowozu waskimi sciezkami gdzie z jednej strony byla przepasc a z drugiej sciana. Trudy wynagradzaly nam sliczne widoki, ktorych ja moim aparatem jeszcze nie potrafie dobrze uchwycic. Pogoda tez nie sprzyjala fotografii ze wzgledu na duza wilgotnosc i wysoka temperature widocznos nie byla zbyt dobra.
Na szczescie wiekszosc trasy byla w lesie i upal nie przeszkadzal nam tak bardzo. Nie obylo sie bez malych przygod w pewnym momencie zorientowalam sie ze zgubilam zatyczke do obiektywu, Clara nawet wrocila kilkaset metrow pod gore, by jej poszukac ale nie znalazla. Po jakies godzine zatoczylysmy kolo i zatyczka ukazala sie naszym oczom. Lezala sobie grzecznie w trawie:)

Spotkalysmy tez po drodze tak zwana strefe wilgotna cos w rodzaju bagien kilkaset metrow na ziemia. nigdy nie widzialam bagien na takiej wysokosci, woda splywala po wapiennych skalach.


Park jest  dobrze przygotowany i w takich trudnych miejscach sa drewniane kladki wiec nie upapralysmy sie mocno w glinie. Musze przyznac, ze zalozenie specjalnych butow do chodzenia po gorach to byl strzal w dziesiatke.
W pewnym momencie dotarlysmy do bardzo malowniczej wsi Castel San Pietro, tam interesowal nas sredniowieczny kosciol, zwany czerwonym a oficijalnie jest to kosciol Swietego Piotra.

Historia czerwonej fasady kosciola ma dwie wersje pierwsza malo interesujaca, ze tak sobie zazyczyl owczesny biskup, druga mowi o masakrze jakiej dokonaly dwie sklocone rodziny w noc wigilijna w 1390 roku i na pamiatke pomalowano ja na czerwono.
 Niedaleko kosciola sa resztki resztek zamku z XII wieku.
Miejscowosc Castel San Pietro slynie z produkcji wina, jest tam podobno najwiecej winnic w calym kantonie.

Rzeczywiscie wszedzie gdzie sie czlowiek nie obejzy sa uprawy tej rosliny, ludzie nawet zamiast przydomowych ogrodkow maja winorosl.
Widoki w drodze powrotniej byly rownie ladne.




W samym srodku parku jest stara cementownia zamknieta od 1986r. Zanim ja zamknieto wyprodukowano tam cement do zbudowania wiekszosci drog, mostow i budynkow w calym kantonie. W 1986r teren przejela fudacja, ktora zajela sie oczyszczeniem terenu, jakby uzdrowieniem od 1998r istnieje tu rezerwat przyrody a w 2001 powstal geopark pierwszy taki w Szwajcarii. 
Budynki cementowni zostaly stanowia, czesc trasy-muzeum cementu. Tak, mozna to zwiedzac sa tez poziemne sciezki gdzie mozna zobaczyc jak wydobywano krede. A na najwyszym i najwiekszym budynku umieszczono panele sloneczne.  W Szwajcarii nic sie nie moze marnowac.
Zapewniam was, gdyby nie pozostalosci po cementowni nikt by sie nie zorientowal, ze kiedys tu krolowal przemysl tak zanieczyszczajacy srodowisko. Rzeka Breggia, glowna bohaterka parku jest tak czysta, ze widzialm tam ludzi moczacych nogi.

Napewno tu jeszcze kiedy wroce narazie musza mnie przestac bolec...wlasciwie to mnie boli wszystko. Po powrocie mialam sile na przygotowanie tylko malego posilku: szynka z melonem do tego litr zimnej wody.



Zmeczona ale zadowolona, mam nadzieje, ze przyda sie komus ta relacja. To nie jest miejsce, ktore mozna znalezc w przewodnikach turystycznych ale warto je zobaczyc.



20 czerwca 2013

Zawsze jest ten pierwszy raz

Mieszkam tu w Szwajcarii od ponad roku i od ponad roku widzialam znaki drogowskazy, ze sztrzalka "Parco delle Gole della Breggia" ale jakos specjalnie sie nie zainteresowalam. Ostatnio mnie naszlo i zaczelam wypytywac ludzi i czytac. Okazalo sie, ze 2 kroki od mojego domu jest park geologiczny gdzie mozna przesledzic historie Ziemi. Dzis rano wybralam to miejsce na spacer z psem, trasa zaczyna sie tuz za centrum handlowym do ktorego jezdzimy na zakupy. Jak tam weszlam to nie moglam uwierzyc, ze naprawde olalam to miejsce przez tyle miesiecy.
Zaczyna sie tak, potem jest laweczka z napisem "tu zaczyna sie historia Ziemi"
Dla tych co nie znaja wloskiego dodam ze Park jest parkiem wawozow i Breggi( nazwa rzeki)
Caly czas idzie sie wzdluz tej rzeki, ktora czasami jest przecinana malowniczymi mostami. W przeszlosci brzek rzeki byl zagospodarowany sa tam stare mlyny, browar, cementownie.
Ja zaraz po wejsciu na teren parku spotkalam pierwszy mlyn, ktory teraz jest w remoncie przez co zdjecie pochodzi z sieci.
Z wrazenia nie zrobilam wiele zdjec ale mam nadzieje, ze juz w sobote uda mi sie tam wrocic, bo trasy nie dokonczylam ale o tym puzniej.
Tu na zdjeciu polaczenie starej cementowni z browarem. Zdjecie zrobione z mostu i byle jak, bo szczekal na nas pies wlascicieli i Brick sie wyrywal do walki.
Dalej po drodze spotyka sie kolejny mlyn tez zamieszkany. Udalo nam sie zerknac do srodka przez uchylona brame.
Nastepnie na wlasne oczy moglam zobaczyc jak formowaly sie Alpy to co znalam tylko z zajec geologi moglam zobaczyc na wlasne oczy.

Mniej wiecej gdzies w tym miejscu spotkalismy wycieczke szkolna dzieciaki sie tak darly jakby je ktos ze skory obdzieral, nie  byl to typowy halas bandy malolatow. One sie darly specjalnie. Potem w drodze powrotnej spotkalm jednego z ich nauczycieli, ktory sie na chwile odlaczyl od grupy. Zapytal sie mnie czy ich nie widzialam a ja mu powiedzialam oburzona, ze bardziej ich slychac niz widac i ze nalezalo by je troche uciszyc, bo tu mieszkaja tez zwierzeta.

Gdzies tam w oddali za drzewami jest druga cementownia, juz nie dzialajaca zamknieta od ok. 30 lat.

Droga powrotna juz inna trasa weszlismy bezposrednio do centrum wsi, zaraz za kosciolem. To tez bylo dla mnie zaskoczniem, tyle sie dzis nauczylam.
W drodze do domu towarzyszyl mi dziwny zapach, bardzo ladny. Rozejzalam sie i odkrylam, ze to kwitnie palma. To byl kolejny "pierwszy raz" dzisiejszego dnia.
Nigdy nie widzialam kwitnacej palmy.
Dziwny spacer, przez 3 godziny czulam sie jak na wakacjach a bylam tylko pare krokow(ok, ok kilometrow) od domu. Napewno nastapi ciag dalszy, bo z trasy zawrocil nas deszcz, raptem zaczelo kropic, zawrocilam wiec w strone domu. I jak nagle zaczelo tak samo przestalo padac po kilku krokach.