30 sierpnia 2013

Bedzie jesien

Spacerowalam dzis po centrum handlowym i caly czas mialam wrazenie, ze jest juz jesien. Zupelnie bez powodu, bo slonce swiecilo jak w lecie i bylo bardzo cieplo.A jeszcze przez pare dni nie moze byc jesieni, bo my mamy 3 pomidory, ktore potrzebuja dojrzewac na sloncu.
To z tymi pomidorami to historia zupelnie bez sensu a juz napewno wbrew kazdej logice. Kupilismy je na poczatku maja tzn. sadzonki, wysadzilismy do wielkich donic i po jakims czasie doszlismy do wniosku, ze pomidory sie po prostu nie przyjely. Liscie zrobily sie zolto-brazowo czyli uschniete. Postawilismy krzyzyk na tych roslinach i tylko z czystego lenistwa nie zostaly wyrzucone odrazu. Jakis miesiac temu zauwazylismy maciupkie pomidorki, no i teraz czekamy az dojrzeja.
Mam nadzieje, ze jak juz przyjdzie jesien wroci mi zapal tworczy, bo ostatnio nie moge sie na niczym skupic.
Wczoraj nawet probowalam wlaczylam maszyne do szycia ale skonczylo sie tylko na podkladaniu spodni. Udalo mi sie tez w koncu zrobic stojak na moje kolczyki, wykorzystalm do tego ramke kupiona jeszcze zima. Czekala na swoja kolej az do wczoraj.
Dzis dostalam tez prezent albo raczej pamiatke z podrozy. Camillo zawsze jak jedzie gdzies daleko w sprawach zawodowych przywozi mi jakis drobiazg. Dzis przejechal prawie cala Szwajcarie w poprzek zrobil ok 900 km ale pamietal o mnie. Dostalam kubek z krowa :)
Bedzie jak znalaz na jesienna herbate.

28 sierpnia 2013

Biblia

Dzis znowu musialam pojechac do Como, nie byla to wycieczka dla przyjemnosci i taaaaaak mi sie nie chcialo. Po prostu mialam ochote zobaczyc jakies nowe miejsce. Jednak jak mus to mus. W drodze wymyslilam, ze jak wszystko pozalatwiam, pochodze sobie po ksiegarniach. Mialam zamiar kupic pewna ksiazke. Jak juz dotarlam do centrum to okazalo sie, ze akurat odbywaja sie targi ksiazki, na jednym z glownych placow rozstawiono wielki namiot i wszyscy ksiegarze z miasta i okolic byli w jednym miejscu. Minela mi cala zlosc na ten przymusowy wyjazd :)

Ten namiot jak by na mnie czekal w nagrode.
Poszukiwana przeze mnie ksiazka to biblia wloskiej kuchni napisana przez Pellegrino Artusi ponad 120 lat temu zatytuowana "Nauka w kuchni i sztuka dobrego jedzenia". To z tej ksiazki czerpia inspiracje najwieksi wloscy kucharze, to tutaj zawarte sa najwazniejsze wloskie przepisy. Ksiazka jest wydawana nieprzerwanie od 1891 i pomyslec, ze kiedy zostala napisana nikt jej nie chcial wydac. Po wielu nieudanych probach znalezienia wydawcy, autor wydal ja za wlasne pieniadze. Po prostu zaplacil za druk 1000 egzemplarzy i sam osobiscie wysylal ksiazke poczta do zainteresowanych.
W pierwszym wydaniu bylo 475 przepisow kolejne zostaly wzbogacone, ostatecznie jest ich 790 wszystkie wyprobowane przez niego osobiscie. Po jego smierci ksztalt ksiaki juz nie byl zmieniany i od 1911 roku jest dokladnie taka sama. Po prostu musialam ja miec i nie wystarczyla mi wersja cyfrowa, ktora zaczelam czytac kilka dni temu. Tak, tak to jest ksiazka, ktora nalezy przeczytac jak powiesc.
To czym dla wlochow jest jedzenie nie zrozumie nikt, kto tego  nie zobaczy na wlasne oczy. O jedzeniu sie mowi zawsze o kazdej porze, pierwsze wrazenia jakie sie opowiada z podrozy sa kulinarne. Jedno z pierwszych pytan jakie zadaja mi nowo poznane osoby to jakie sa typowe dania kuchni Polskiej.
Dobrym przykladem tego moze byc fakt, potrafia przejechac wiele kilometorw tylko po to by np. zjesc obiad czy kolecje w jakiejs rekomendowanej restauracji.
Mi zapadla w pamiec pewna jesienna niedziela z przed kilku lat. Pojechalismy z grupa znajomych do takiej malej gorskiej restauracji, ktora nie ma nawet szyldu(nazwy chyba tez nie), po drodze nie ma zadnego znaku. Nic. Jesli nie dostanie sie wskazowek od kogos kto juz tam byl to nigdy sie tam nie trafi. Lokal znajduje sie juz w gorach, zostal zrobiony ze starej stajni dla koni. Nie ma tam jakiegos specjalnego wystroju. Drewniane stoly przykryte zwyklymi obrusami, bo wloski stol jest zawsze nakryty obrusem do jedzenia a restauracjach jest on zmieniany po kazdym klijencie. Zostawiono nawet niektore elementy pierwotnego "wystroju" np. zlob dla koni. Gdzieniegdzie zawieszona jest jakas stara podkowa.



Rozciaga sie z niego widok na wschodnia odnoge jeziora Como, ostatni odcinek drogi nalezy pokonac na piechote, bo parking polozony jest nieco nizej. Wyjazd na taki obiad nie trwa godzine, wlasciwie czasu sie nie liczy, bo to przeciez niedziela no i po co sie spieszyc. Zwyczajem tego miejscania nie ma klasycznej karty, miejsca nalezy rezerwowac z duzym wyprzedzeniem i je sie to co zamowila osoba, ktora zadzwonila pierwsza z rezerwacja na dany dzien. A otwarte jest tam tylko 3 dni w tygodniu piatek, sobota i niedziela. Wszystko przygotowywane jest ze swierzych produktow, wlasciciele maja wlasne hodowle zwierzat, uprawiaja warzywa, wino wlasnej produkcji. No i rezerwowac nalerzy z kilku tygodniowym wyprzedzeniem, bo ilosc miejsc jest bardzo ograniczona. W cieple dni mozna sie powylegiwac na trawce miedzy jednym daniem a drugim. A dan jest zazwyczaj bardzo duzo kilka przystawek, 3 pierwsze dania, 3 drugie dania, deser no i na koniec obowiazkowo kawa. Kazdy znajdzie tam cos dla siebie i nikt nie wydzie glodny, bo kelnerzy kraza z polmiskami az do znudzenia.
Ja jechalam tam po to aby pierwszy raz sprobowac dania o nazwie pizzoccheri, to potrawa z tamtego regionu.
Przyrzadza sie ja ze specjalnego makaronu z maki gryczanej do tego sa ziemniaczki, kapusta(na moim zdjeciu jest szpinak, ktoryja uzywam zamiennie) ser, parmezan, czosnek, maslo.
Dokladny przepis po polsku mozecie znalezc tutaj ja nie bede go powtarzac. Na tej stronie jest tez przepis na makaron, ktory ja kupuje gotowy a podobno np. w Polsce nie do zdobycia.
Teraz jak widac potrafie sama to przygotowac, tylko nie mam odwagi dodac tyle masla co w przepisie:)
Danie jest typowo jesienno-zimowe u mnie w domu jadam je tylko ja, zazwyczaj robie duza porcje na poczatku sezonu, dziele i zamrazam a potem odgrzewam kiedy nie ma czasu na gotowanie.


25 sierpnia 2013

Swiatecznie

Zapytalam sie dzis Camillo czy wi jaki jest dzisiaj. On mi na to, ze wie, bo co roku o tej porze roku mowie to samo: za 4 miesiace swieta. A mi nie o to chodzilo :), bo dokladnie za miesiac sa moje urodziny. W tym roku jak nigdy mam plany na swietowanie, no moze nie dokladnie w ten dzien ale tak mniej wiecej w tym czasie bede swietowac urodziny moje i jeszcze 2 innych dziewczyn w Spa. Calkiem niezly plan i juz sie nie moge doczekac.
A jesli chodzi o swieta to mam dzis pewien przepis, ktory nadaje sie nawet na przystawke na bozonarodzeniowy stol. To jedno ze slynnych dan wloskiej kuchni.
Vitello tonato czyli cielecina w sosie tunczykowym.
To jedno z tych dan, ktore nalezy zaczac przygotowywac dzien wczesniej.
 Do przygotowania miesa potrzebny nam bedzie kawalek cieleciny, marchewka, lodyga selera naciowego, cebula, zabek czosnku o ktorym ja zapomnialam, 5 gozdzikow, 5 malych lisci laurowych, galazke rozmarynu i sol, olej i pol litra bialego wina, woda albo rosol.

Ladujemy wszystko do gara zalewamy winem i uzupelniamy woda albo rosolem. Gotuje sie to 1,5-2 na wolnym ogniu. Potem wylaczamy i studzimy w garnku, mozna zostawic na cala noc.
Do sosu potrzebne sa na 3 jajka ugotowane na twardo, 15 kaparow(jesli je bedziecie jesc pierwszy raz to proponuje uzyc mniej), 6 filetow sardeliczyli anchois, 100 g tunczyka mozna dodac troche octu balsamicznego, ktory mi sie ostatnio przejadl wiec pominelam :) no olej z oliwek. Miksujemy wszystko razem za pomoca blendera dodajac pod koniec troche zimnego wywaru z gotowania miesa. Znalam tez pewna pania, ktora dodawala do sosu tez ugotowane warzywa czyli seler marchewke i cebule. Ja tego nie robie, bo Camillo za warzywami gotowanymi nie przepada a i oryginalny przepis tego nie przewiduje.

Mieso kroimy na cienkie plastry i ukladamy w jakims naczyniu najlepiej odrazu w polmisku jakoze ja takiego nie posiadam wykorzystalam naczynie zaroodporne. Pokrywamy plastry dokladnie sosem i dekorujemy kaparami. Potem zostawiamy to znowu na pare godzin zeby sie ladnie mieso nasmakowalo. Podawac mozna jako przystawke albo jako drugie danie czywiscie na zimno. Do tego dobre pieczywo i smacznego. Oczywiscie kieliszek bialego wina nie zaszkodzi :) Mam nadzieje ze ktos inny oprocz mojej mamy korzysta z tych moich przepisow.

23 sierpnia 2013

Subiektywnie o Jeleniej Gorze

Znowu mam maly przestoj tylko tym razem mam dobra wymowke. Przywloklo sie za mna z Polski zapalenie prawego ucha, bolalo to jak jasna cholera i odbieralo checi do zycia. Mialam napisac, ze jest mi juz lepiej i ze mi prawie przeszlo no i przeszlo ale na lewe.Uff...Dobrze, ze teraz mam lekarstwa.
 Mialam opowiadac o naszym urlopie o Jeleniej Gorze. To po pierwsze chcialabym wiedziec dlaczego wczesniej nikt mi nie powiedzial, ze to miasto jest takie ladne. Robi sie reklame niektorym miejscom w Polsce, ciagle sie mowi o tych samych miastach, miejscowosciach a taka Jelenia Gora to co? Ja sie pytam?
Bardzo nam sie tam podobalo.
Z pomoca punktu informacji turystycznej wyladowalismy na kempingu. Mimo wszystkich przepowiedni naszych zanjomych, ze nie znajdziemy wolnych miejsc a juz napewno nie tanio. Znalezlismy, i to duzo do wyboru do koloru. Bardzo mila pani lekko zabiegana wreczyla nam klucze do 3 roznych miejsc do spania. Obejzelizmy domek holenderski, przyczepe kempigowa i pokoj hotelowy. Wybor padl na domek z weranda.

Wygodny, dobrze wyposazony z lazienka z prysznicem kuchnia, moze czystosc pozostawiala troche do zyczenia ale pani, ktora nas przyjmowala byla tam sama i widac bylo, ze po prostu nie miala czasu tam dokladniej posprzatac. Wybaczylismy jej :) tym bardziej, ze kiedy wychodzilismy bez Bricka na spacery po miescie, to pani miala na niego oko.


 Tu w tej cukierni znalezlismy najlepsze cappuccino i kawe juz nie wspominajac o drozdzowkach, no i co dla nas najwazniejsze otwarte juz od 8 rano.










A spacery to byla sama przyjemnosc piekne miasto, piekna architektura. Jednak kiedys budowano ladniej szkoda tylko, ze reklama rzadzi. Tak jak pewnie w kazdym polskim miescie ogloszen, szyldow, napisow, parasolow reklamowych,transparentow tego wszystkiego musi byc jak najwiecej, wszedzie i zdaje sie ze im wiecej tym lepiej. Camillo mowi, ze Polska przypomina mu pod tym wzgledem Italie lat 80 poprzedniego wieku. 

Na szczescie znalezlismy miejsca, ktore sie uchowaly od tego rodzaju "ozdob". Ja mam nadzieje, ze to tylko taka faza przejsciowa, kiedys zniknie to wszystko i zostanie to co najlepsze. Ktos pojdzie po rozum do glowy i zabroni wieszania tego wszystkiego i wszedzie.
O tu np. jaki to bylby widok bez tych wszystkich tabliczek ale sa tacy, ktorzy wiedza jak zawieszac tabliczki i szyldy. Znalazlam dobry przyklad ladnie komponujacy sie z zabytkowa zabudowa.
Jednego popoludnia trafilismy na mini uliczny koncert na gitarze klasycznej. Tylko nie wiem dlaczego jako jedyni bilismy brawo na koniec, bo pan jest po prostu bardzo dobry. Camillo powiedzial, ze chcialby grac chociaz w polowie tak jak on. 

Tu pod tymi arkadami znalezlismy restauracjie "Kuznia smakow" w ktorej bylismy 2 razy na kolacji. Najlepszego pstraga jedlismy wlasnie tutaj a pierogi ruskie jakie nam zaserwowano byly dokladnie takie jakie robila moja prababcia. Jak juz jestem przy restauracjach to mielismy przygode z lokalem, ktory byl na przeciwko kempingu. Powiedziala mi o nim pani z obslugi nawet dostalam ulotke. Miejsce nazywa sie "al Capone" nazwa wskazuje na restauracje wloska. My juz po nazwie poznalismy, ze z Wlochami to ma niewiele wspolnego. Nikt kto zna dobrze Wlochy i wloskie realia nie uzyl by nazwy, ktora kojarzy sie z mafia. Dla wlochow to nie jest temat do dumy. 
Camillo sie uparl sie, ze chce tam zjesc kolacje. Z menu wybralismy- ja placek po wegiersku a on pierogi z miesem. Moj placek mial chyba tygodniowy zapas koperku na talerzu, wlasciwie nie czuc bylo innego smaku, posypany po wierzchu zoltym serem a surowka polana glassa z octu balsamicznego dopelnila nieudanej calosci. Jednym slowem fuj..Camillo zjadl swoje pierogi, ze samkiem, ja pogrzebalam troche w talerzu. Proponowana tam pizza tez nie moze byc dobra, skoro podawano do niej majonez i kechup. 



Wyjazd zaliczyamy do bardzo udanych, niecale 4 dni spedzone w Jeleniej Gorze pozwolily nam odpoczac a mi nacieszyc sie Polska. Napewno tam wrocimy. Szkoda tylko, ze nie pojechalismy w Karkonosze a Camillo nie chcial mi uwierzyc, ze to sa gory. W sumie to mu sie nie dziwie, bo najwyzszy szczyt jest duzo nizszy od tego co widzimy na codzien z domowego okna. tlumaczylam, ze to tez sa gory tylko takie malutkie :)
Na koniec zdjecie naszych pierwszych zakupow. Zrobilam je zradosci, dlatego ze na wszystko wydalam 4 razy mniej niz zaplacilabym za to w Szwajcarii. 


18 sierpnia 2013

Hardcorowo

No i juz po wszystkim, urlop skonczyl sie oczywiscie za szybko ale lepsze to  niz nic zwlaszcza ze w zeszlym roku nigdzie nie bylismy.
Wyruszylismy w sobote po poludniu nad jezioro Como do miejscowosci Piona, tam nasi znajomi maja letni dom i zaprosili nas na kolacje. I po kolacji zaczela sie nasza wyprawa a zaczelo sie hardcorowo. Obralismy kierunek polnoc to oznaczalo nocna przeprawe przez przelecz Spluga. Zdjecia z internetu, bo my bylismy tam noca w kompletnych ciemnosciach.
Mialam wrazenie, ze przejazd ta serentyna trwal wiecznosc po wloskiej stronie jeszcze jako tako, byly zabezpieczenia przy drodze natomiast po szwajcarskiej stronie droga juz byla bardzo stroma i zadnych barierek. Odetchnelismy jak juz wyjechalismy na prosta droge. Potem byl czas na drzemke i gdzies na parkingu przy niemieckiej autostradzie postanowilismy sie przespac w samochodzie. Zasnelismy kiedy bylo komletnie ciemno i dopiero po przebudzeniu okazalo sie gdzie jestesmy. Lubie takie momenty. 

Nastepnie prosto na Zgorzelec po drodze robiac zdjecia ciekawym obiektom(skrzywienie zawodowe).
Oczywiscie byl z nami Brick to pies podroznik, az trudno uwierzyc ze sie go ktos pozbyl przed wyjazdem na wakacje. Gdybym spotkala tych ludzi, ktorzy go przywiazali do barierki przy obwodnicy Mediolanu to zafundowalabym im to samo.
Jak juz pewnie zauwazyliscie naszym celem okazala sie byc Polska wlasciwie do konca nie wierzylam ze tam wyladujemy bylam przekonana, ze nasza wyprawa skonczy sie nad jeziorem Bodenskim ale zawazyl czynnik ekonomiczny.
No i wjechalismy do Polski ja nie bylam tu ponad 3 lata dla Camillo to druga przygoda z tym krajem. W pierwszym momencie na polskiej autostradzie pomyslelismy, ze byl jakis wybuch nuklearny albo co. Droga wygladala jak na zdjeciu brakowalo tylko takiego koltuna co sie toczy po drodze jak na filmach. 
Oczywiscie nie mielismy nic zarezerwowanego, zdecydowalismy sie szukac czegos do spania w Boleslawcu. Pierwsza proba byla nieudana, bo znalezlismy kwatere prywatna po prostu panswo wynajmowali pokoje w swoim domu. Zgodzili sie przyjac nas z psem, jak juz wpakowalismy sie tam z calym majdanem zaczelu dzwonic dzwony z kosciloa na przeciwko a pies zacza wyc jak do ksiezyca. Nici z noclegu, przeprosilismy panstwa za klopot i wpakowalismy sie do samochodu.

 Ostatecznie pierwsza noc spedzilismy w hotelu Protea. No i bylo ok umylismy sie, wyspalismy, na kolacje zamowilismy pierogi, dostalismy pyszne sniadanie. W hotelu byl sklepik ze slynna ceramika z tego miasta. Nawet pierogi dostalismy na talerzach recznie malowanych. 
 Rano ruszylismy w dalsza droge, juz w samochodzie okazalo sie ze naszym ostatecznym celem bedzie Jelenia Gora. 




Po drodze robilam zdjecia widokow z samochodu, bo Camillo nie mial czasu sie rozgladac skupiony byl na kierowaniu autem. Niestety, by jezdzic po polskich drogach trzeba skonczyc odpowiednie kursy. Dla niego widok ciezarowki pedzacej z naprzeciwka na pelnym gazie i waska droga bez pobocza to nowosc. 
Dojechalismy do naszego celu, niestety piekna panorame miasta jako widac przy wjezdzie zaslania gigantyczny bilbord. 
To tylko jeden z przykladow jaki zaobserwowalismy kiedy reklama jest wazniejsza niz walory estetyczne. 
O naszym pobycie, wrazeniach i widokach z Jeleniej Gory napisze w nastepnym poscie. 

9 sierpnia 2013

Wakacje z muzyka

Trwaja przygotowania do wyjazdu. Jak zwykle zaczelam od przygotowania listy list do przygotowania. Jest ich kilka
-co zrobic przed wyjazdem(np. zakrecic gaz, naladowac baterie w telefonach i aparatach roznych, bo te nasze naladuje w trakcie urlopu :)
-co kupic na droge(np. skladniki na kanapki podrozne bez nich wakacje sie nie licza, kupic gotowe kazdy potrafi ale zabrac takie ze schabowym lub z jajkiem na twardo
-co zabrac dla mnie
-co zabrac dla Camillo
-lista rzeczy dodatkowych
- liste rzeczy dla psa( tak on tez ma wlasna torbe, ma paszport to co bagazu ma nie miec)
Gdyby co to zastosuje sie do motta mojej kolezanki ze studiow"jak czegos zapomne to kupie" :)
Nie mozemy zapomniec o muzyce i dlatego wlasnie siadlam do komutera aby nafaszerowac pen drive podrozna muzyka.
Piosenka ktora absolutnie kojazy mi sie z jazda samochodem
Zawsze jezdzi z nami czwarty czlonek rodziny, ktory czasami nawet pomaga podreperowac wakacyjny budzet :)
Kiedys odpoczywalismy po obiedzie na murach Lukki w Toskanii. Camillo sobie gral i spiewal a ja lezalam na lawce na przeciwko i gapilam sie na drzewa. Przechodzilo kolo nas wielu turystow i niektorzy dali nam pieniadze:) Bardzo zabawna sytuacja.
Gitara to swietny sposob na poznanie nowych ciekawych ludzi wszedzie i prawie zawsze(klik). Pare lat temu pojechalismy nad morze Liguryjskie na weekend spotkalismy tam drugiego takie jak C. z gitara i zamiast szukac hotelu na noc przesiedzielismy do rana na plazy. Potem nie wiadomo skad dosiadlo sie do nas jeszcze pare osob. Fajnie bylo...
Muzyka zawsze dziala jak magnes a we Wloszech najbardziej. Oni po prostu to kochaja i spiewaja prawie wszyscy. Czesto mozna spotkac ludziny np. w supermarkecie, ktorzy sobie glosno nuca jakas piosenke.
Przekonalam sie o tym kiedys na plazy kiedy Camillo zaintonowal pewna bardzo znana piosenke wloske.

Spiewali wszyscy w zasiegu mojego wzroku, dzieci przestaly sie bawic i z otwartymi buziami gapily sie na nas. Potem zebrala sie mala grupka bardziej wytrwalych i spiewali razem z Camillo juz do wieczora. I tak juz bylo do konca naszego pobytu.
Za to nigdy nie bylam na wakacjach typu "all inclusive" gdzie sedza sie czas z bransoletka nie wychodzac prawie z kurortu i cos czuje, ze nigdy na takie sie nie wybiore, bo boje sie ze moge nie miec juz takich wspomnien...
Na razie pozdrawiam i zostawiam blog na tydzien.
P.S. Punkt docelowy podrozy dalej nieznany, wybralismy tylko kierunek- polnoc

8 sierpnia 2013

Idiotka

Wczoraj napisalam, ze material, ktory kupilam do uszycia torby to zestaw dla idiotow. Odwoluje to albo nie jeszcze lepiej to ja jestem ta idiotka. Wcale to nie takie proste na jakie wyglada. Wykroj, tak, jest nadrukowany odrazu na tkaninie ale jest haczyk. Jesli sie szyje z normalnego materialu to mozna sobie pozwolic na chwile nieuwagi tutaj musi byc wszystko rowno zeby nie bylo widac brzegow.

Wzorek sie konczy tam gdzie sie konczy wykroj i szew musi byc dokladnie na tej lini tej nie widac z lewej strony. Ja dodalam od siebie usztywnienie i podszewke.
Troche to skaplikowalo sprawe a na dodatek zla bylam na siebie i ciagle powtarzalam "na co mi to bylo". Szybciej bym uszyla torbe w tradycyjny sposob.

Na szczescie mi sie udalo, torbiszon jest wielki i pakowny. Najwiekszy w mojej kolekcji i wydaje sie byc wygodny. Juz w niedziele albo w sobote w nocy pojedzie ze mna na wakacje. Oby!!!Trzymajcie kciuki.
Dzis przymoim przeklinaniu przy maszynie do szycia towarzyszyl mi moj pies samobojca.
Trzymal glowe tuz przy moim krzesle i nie chcial sie przesunac.
To byc moze jest ostatni post przed urlopem po powrocie powinno byc duzo zdjec.