29 lipca 2014

Powodz?

Mielismy lato w marcu, mielismy lato w kwietniu chyba w lipcu nam sie juz nie nalezy. Podobno takie lato bylo ostatnio w 1993 roku. W tym miesiacu bylo jakies 20 dzni z deszczem, burze sa prawie codziennie.
Pada, leje od wczoraj wala pioruny rowno, psy dostaja zawalu. A od kilku godzin nie da sie wejsc ani wysc do naszego domu.
Aktualny poziom rzeki, ktorej w normalnych warunkach nie widac wcale z naszych okien.
Studzienka przypomina fontanne, kiedy sie nasila deszcz slychac tylko pokrywe jak wali o brzeg. Nasz dozorca jest na urlopie jak wyjezdzal to martwil sie kto bedzie podlewal rosliny na zewnatrz. Jak na moj gust maja zapas wody do wrzesnia. 


Sucha stopa sie do domu nie wejdzie w tym momencie na parterze mamy tez pralnie i wszystko stoi w wodzie pralka, suszarka. 


Mam nadzieje ze woda nie dotrze do piwnicy, bo wlasnie wczoraj tam posprzatalam i nie chcialabym tej operacji powtarzac. Nie wiem czy tak wyglada powodz ale na pewno niewiele nam brakuje. Na szczescie mamy ubezpieczone wszystko co sie da.

27 lipca 2014

Wloski obiad

Znowu bylismy na obiedzie u moich tesciow. Mama i tata Cammillo to naprawde swietni kucharze. Robia prawie wszystko sami, nie uznaja gotowego jedzenia. Pochodza z regionu Puglia, ktory slynie ze swojej kuchni to z tamtad pochodzi najlepszy olej z oliwek. Moi tesciowie innego oleju nie uznaja, nigdy nie uzywali oleju z nasion. Na oliwie z oliwek smaza nawet frytki koniec i kropka. Wszystkie inne olej to trudzizna wedlug nich i nawet nie warto ich przekonywac ze jest inaczej. Oni przyzyli tak 80 lat i nie zamierzaja tego zmieniac. Dzis mam dla was przepis na drugie danie prosto z kuchni Marii i Gregorio, bo trzeba wam wiedziec, ze ja do nich mowie po imieniu:)
Maria byla strasznie podekscytowana, kiedy jej powiedzialm, ze chce sfotografowac jak przygotowuje kurczaka. Tlumaczyla mi krok po kroku kazdy etap.
Probowalam jej tlumaczyc co to jest internet, blog itd. ale nie wiem ile z tego zrozumiala.
Do tego dania potrzebujemy:
piers z kurczaka
galazke rozmarynu
make
biale wino
sol
no i ozywiscie olej z oliwek
Piersi z kurczka kroimy na cienkie plastry, nie myjemy przed gotowniem. Ja nigdy tego nie robie i nigdy nie widzialam, zeby tu to robiono. Zimna woda nie zmyjemy bakteri a tylko przeniesiemy je na deske, noz i cala reszte sprzetow i produktow, ktore dotkniemy potem.
Tak przygotowane plastry kurczka obtaczamy w mace.
Na patelni dobrze rozgrzewamy olej i wrzucamy galazke rozmarynu. Ukladamy wszystkie kawalki kurczaka i smazymy na zloty kolor z obu stron.

Jak widac na zdjeciach tego oleju jest spora ilosc ale to wlasnie jest Puglia style :) Rozmaryn w niczym nie przeszkadza, bo mozna mawet na nim ulozyc plastry. 
Osmarzone z jednej i drugiej strony solimy wedlug uznania. 

Kiedy jest juz usmazone z drugiej strony wlewamy mniej wiecej pol szklanki bialego wina. Po chwili kiedy wino lekko odparuje zostawiamy pod przykryciem juz na wylaczonym palniku. Z winem nalezy uwazac jesli robimy to na gazie to przed wlaniem go, radze zmniejszyc ogien do minimum a potem znowu odkrecic. 
To oczywiscie nie bylo jedyne danie, bo porzadny wloski obiad nie moze sie obyc bez pasty w naszym przypadku bylo to spaghetti najbardzie klasyczne z klasycznych Barilla n.5 gotowane dokladnie 8 minut. 
Do wody na makaron nie dodaje sie oleju, bo prawdziwy wloski makaron sie nie skleja. Nie dodaje sie tez oleju ani masla po ugotowaniu a juz bron boze nie przelewa sie go zimna woda. Makaron ma byc gotowany w ostaniej chwili, kiedy juz wszyscy siedza przy stole i wcinaja przystawki. 

Sos do naszego spaghetti byl juz gotowy, przygotowny w sobote. Gregorio ulepil mnostwo maciupkich pulpecikow, wielkosci mniej wiecej poziomek. Do nich potrzebne jest mielone mieso wolowe, parmezan, jajko i sol oraz duzo cierpliwosci. Gotowe pulpeciki wrzuca sie na wrzatek chwilke gotuje, odcedza i dodaje do sosu pomidorowego. Ten natomias jest zrobiony z zeszkonej na oleju drobno pokrojonej cebuli, pomidorow bez skorki(moga byc z puszki po wlosku nazywaja sie pelati) i tyle. Sos czyli po wlosku sugo gotuje sie az pomidory sie dobrze rozgotuja i odparuje woda. 

Ze wzgledu na nasze psy, ktore do domu nie maja wstepu stol zostal nakryty w ogrodzie. 
Do kurczaka nie bylo ziemniaczkow i sorowki, bo akcja sie dzieje pod Mediolanem:) Byly za to grillowane plastry baklazana przyprawine pietruszka, czosnekiem i czym? Jak to czym? Olejem z oliwek. 

Najlepiej to zrobic dzien wczesniej, bo wedlug Marii i Gregorio im dluzej stoja w tej olejowej zaprawie tym sa lepsze. Nalezy je trzymac w lodowce. 
Na stole nie moglo zabraknac oliwek, parmezanu no i oczywiscie chleba, ktory Gregorio niezmiennie od lat piecze zawsze sam. Na deser byly owoce i lody a na sam koniec kawa dla wszystkich, bo bez kawy niedzielny obiad sie po prostu nie liczy. 
Na koniec zostalismy obdarowani. Po pierwsze dostalam 12 krysztalowych szklanek, ktore moi tesciowie dostali w prezencie slubnym w 1958 roku i ktore po 50 latach doczekaly sie premiery.

Ostatnim razem poskarzylam sie, ze niemam nawet kafetiery w domu tym razem czekala na mnie nowiutka, fioletowa maszynka, jak mowia oni, do robienia kawy. 
Do domu wrocilismy tez z 2 litrami oleju, kilkoma sloikami oliwek, mini cebulek w occie czyli dokladnie to co ja kupilam podczas ostatniej wizyty u nich. Uznali, ze skoro w Szwajcarii olej z oliwek kosztuje tak duzo to oni beda nas w niego zaopatrywac osobiscie, zeby nam przypadkiem nie przyszlo do glowy uzywac jakiego swinstwa :)

22 lipca 2014

Stary dobry denim

Nowa torba potrzebna mi byla juz od dawna. A ktorej kobiecie nie jest w tej chwili potrzebna nowa torebka, ja moja mam od wczoraj i juz mysle nad kolejna. To samo mam z butami, nigdy nie mam ich dosc. Kiedys kiedy mieszkalismy jeszcze we Wloszech w naszej brzydkiej miejscowosci byl jeden ladny sklep, wlasnie z butami, akcesoriami itp. Nie byla to zwykla sieciowka tylko sklep w starym stylu z tradycjami. Mial piekne witryny przy ktorych zatrzymywalam sie zawsze by popatrzec na to co maja nowego a czego ja sobie nie kupie, bo ceny odstraszaly. Stoje sobie tak kiedys a obok mnie zatrzymuja sie 2 panie, tez ogladaja i jedna mowi do drugiej" mnie nic stad nie trzeba, wszystko mam". Az musialam babie spojrzec w twarz, bo nie widzialm jeszcze kobiety, ktora nie potrzebowalaby kolejnej pary butow.
Ja teraz potrzebuje kolejne buty tym razem sa to martensy, ktore wlasnie wracaja do mody. Nigdy mnie nie bylo na nie stac to najwyzsza pora nadrobic zaleglosci.
Wlasnie takie buty beda mi pasowac do torebki, ktora wczoraj uszylam.
Material to oczywiscie jeans, kupiony w jednym kawalku w sklepie z uzywanymi rzeczami za cale 2 euro i wystarczy go jeszcze na 2 kolejne torby. Cwieki kupine w normalnym sklepie, ciezki metalowy zamek mialam od dawna mial byc wszyty do kurtki motocyklowej Camillo a motor zostal w miedzyczasie sprzedany wiec zamek zostal bezuzyteczny.
Torba jest dosyc duza, miekka, specjalnie nie dalam usztywnienia aby jej dodakowo nie obciazac. Ma dlugi pasek do noszenia przez ramie.
Pasek ma regulacje wiec dasie ja nosic na jedno ramie. W srodku standardowo jedna kieszonka zamykana na zamek. Zawsze szyje sobie torebki wedlug mojego projektu, kiedy zobaczylam ten material odrazu wiedzialm co z niego bedzie. 

Cwiekow wystarczylo tylko na jedna strone ale to nawet lepiej, bo bylyby nie wygodne z drugiej strony. Cos czuje, ze zrobie tez mala wersje na wieczorowe wyjscia. Zaczyna sie sezon koncertowy i co chwila ktos nas zaprasza.

Nie wiem jak wam ale mi podobaja sie bardzo te mosiezne detale. To jest dokladnie moj styl. Material wyglada jak poplamiony ale odbarwil sie w czasie prania i ten efekt spodobal mi sie jeszcze bardziej.

21 lipca 2014

Taki, tam spacer z psem

Na jakis czas zaprzestalam moich dlugich spacerow z psem po okolicy ale w zeszlym tygodniu, chyba w czwartek powiedzialam do Bricka zbieraj sie idziemy. Pogoda byla idealna nie za goraco, nie padal deszcz juz od kilku dni wiec w lesie bylo w miare sucho. Chodzilismy prawie 3 godziny. Brick po powrocie wygladal tak:
Nie dal nawet zdjac sobie szelek do konca, przez 2 dni patrzyl sie na mnie z wyrzutem i jeczal przy kazdym wskakiwani i zeskakiwaniu z kanapy.
Ja jak zwykle zabralam ze soba aparat. Na naszej trasie pojawila sie sciezka dydaktyczna przygotowana z mysla o okolicznych szkolach ale co wam szkodzi tez popatrzec. Zaraz jak tylko weszlismy na szlak mialam wrazenie, ze sie cos na nas gapi. Odwracam sie a tam-stado baranow.
Park rozciaga sie na przestraeni kilku kilometrow, zaraz na poczatku zostala wydzielona strefa gliny. Jest tam miejsce zeby sobie jej nabrac i ulepic cos. Potem jest specjalny regal aby swoje dzielo zostawic do wyschniecia. 






Dalej sa gabloty z przykladami tego do czego glina jest uzywana w zyciu codziennym czyli cegly, dachowki itp. do tego tablice informacyjne no i stoly z lawami coby sie mozna bylo posilic i odpoczac po tak wyczerpujacej nauce. 


Cegielnia pokazana na zdjciach istnieje do tej pory i wlasciwie mam ja po sasiedzku. 
Przy calej trasie co jakis czas spotkac mozna tablice informujace o faunie, florze, historii, geologii tego terenu. 


Ruszylismy dalej wzdluz rzeki, trasa mlynow, ktorych w tym parku jest az 3 swoja historia siegaja czasow sredniowiecznych, kiedy to mlynarz byl najbogatszym czlowiekiem we wsi. Teraz w jednym z nich znajduje sie cerum kynologiczne i hodowla psow rasy Border Collie. Tam robilismy z Brickiem obowiazkowy kurs dla psow.
Pod mostem znalazam pozostalosci drugiego mlyna, ktory sie nie zachowal. 
W parku nie tylko mozna sie uczyc ale tez bawic jest kilka takich miejsc. W jednym z nich jest stol do ping-ponga i bolisko do gry w bocce, nie wiem jak sie ta gra nazywa po polsku. Odsylam do wikipedii jakby ktos chcial koniecznie wiedziec o co co chodzi. We Wloszech i tu w Ticino jest to gra emerytow, bo glownie oni w nia graja. 


Dochodzimy do najlepiej zachowanego mlyna, ktory dziala do tej pory mozna zobaczyc w czase specjalnych dni otwartych. Kiedy ja tam bylam muzeum bylo zamkniete, no i pewnie trudno byloby to ogladac z psem. Nie wykluczone, ze kiedys tam wroce:)
Mlyn z drugiej strony. Tutaj mamy znowu kolejne miejsce gdzie mozna urzadzic sobie piknik tym razem pod dachem w pierwszym budynku widocznym na zdjeciu sa stoly i lawy do tego kominek/grill i mozna biesiadowac nawet w deszcz.
Mimo ze bylo jeszcze duzo do ogladania ja z Brickiem ruszylam dalej w strone wodospadu. Gdzie jest kolejna strefa wyznaczona do piknikowania znowu jest grill, stoly nawet z kran z pitna woda. Do tego spokuj, cisza i natura.


Nikogo chyba nie zaskocze jak powiem ze wszystko utrzymane w idealnym porzadku, zadnych walajacych sie smieci. 
Na droge powrotna wybralismy sie przez winnice, w sumie przeszlismy przez 3 wsie wliczajac w to nasza. 

A co bedzie z tych winogron? Jak to co? Wino:) Ta okolica jest bardzo znana ze swoich winnic ale moze opowiem przy innej okazji.